Wino, kowboje i rekiny wielorybie to świetna ucieczka w Baja California

Rozpocznij swoją meksykańską przygodę w winnicach Valle de Guadalupe, zanim wyruszysz w kowbojski kraj. Następnie udaj się do Bahía de los Ángeles, aby zobaczyć „światowe akwarium”, a następnie udać się na zwiedzanie miast kolonialnych. Wreszcie udaj się na lazurowe wody La Paz, na południu półwyspu.

Ten artykuł ukazał się w wydaniu amerykańskiego magazynu Lonely Planet z 2018 roku.

Winorośl rozciąga się na północne wzgórza Valle de Guadalupe, w drodze do Decantos Vinicola © Justin Faulkes / Lonely Planet

Valle de Guadalupe

Jedz, pij i baw się pośród wzgórz kraju winiarskiego Baja California.

Gdy słońce zachodzi za wysokimi sosnami, rzucając długie cienie na winnicę Mogor-Badan, Paulina Deckman wspomina po raz pierwszy, kiedy przyjechała tu, by zjeść. Było sześć lat temu, a obiad był tak dobry, że wyszła za mąż za szefa kuchni. Drew, jej mąż-gwiazdor z gwiazdką Michelin, właśnie otworzył Deckman's en el Mogor jako miejsce na świeżym powietrzu, aby zaprezentować najlepsze świeże ranczo mięso, owoce i warzywa oraz obfite owoce morza z pobliskiego portu Ensenada. „Dla mojego męża i dla mnie jest to Disneyland tego składnika” - mówi Deckman. „W naszej restauracji serwujemy nagrodę Baja”.

Valle de Guadalupe w Baja California to wyjątkowe miejsce na jedzenie i wino. Jest chłodzony przez Ocean Spokojny, z mikroklimatem podobnym do Morza Śródziemnego. To klimat, który ułatwia uprawę rzeczy. Pogoda jest umiarkowana, a wzgórza są zielone. Zmruż i możesz pomyśleć, że jesteś w Toskanii. Odrzućcie za dużo lokalnego wina i możecie pomyśleć, że obudziliście się w Dolinie Napa.

Winiarnia Adobe Guadalupe w stylu hacjendy © Justin Faulkes / Lonely Planet

Potem są owoce morza. Każdego ranka w Ensenada ostrygi, krewetki, marlin, krab, tuńczyk i wiele innych są ułożone wysoko na straganach w Mercado de Mariscos. Podając talerz perłowo białych przegrzebków, Deckman zauważa: „To podpis Baja California. Są tak świeże, że dziś rano byliby w wodzie.

Deckman's idzie o krok dalej od filozofii farm-to-table. Zamiast przynosić farmę na talerze, przynosi ona swoich gości na farmę. Wszyscy jedzą na dworze, w cieniu sosen, z zapachem pieców opalanych drewnem w kuchni. „Czasami ludzie narzekają na muchy, ale jesteśmy na farmie i musimy zrozumieć kontekst” - mówi Deckman, kiedy zręcznie odsuwa się od tacy ostryg. „Możemy podawać wymyślne jedzenie, ale to nie jest wymyślne miejsce”.

Deckmani są głośnymi zwolennikami ruchu slow food, który koryguje obsesję na punkcie restauracji fast-food. „Tutaj nasze łańcuchy żywnościowe są jak najkrótsze” - mówi. „Staramy się być restauracją zerokilometrową. Służymy wszystkim, co produkuje ranczo.

Tostados z zielonym ceviche w TrasLomita w Valle de Guadalupe © Justin Faulkes / Lonely Planet

Inne restauracje w dolinie podążają za ich przykładem. W pobliskiej TrasLomita znajdują się również własne składniki do uprawy warzyw i warzyw w ich siostrzanej winnicy Finca La Carrodilla. Podpisowe danie szefa kuchni Sheyla Alvarado, tostadas de ceviche verde, łączy w sobie drobno kostkę jícama (Meksykańska rzepa) i żółta ryba z targu rybnego z rodzimą kolendrą. A w niedawno otwartej Faunie w butikowym hotelu Bruma szef kuchni David Castro Hussong oferuje nowoczesną reimaginę meksykańskiego komfortowego jedzenia.

Klimat doliny sprawia, że ​​jest to szczególnie dobre miejsce do produkcji wina. Potencjał Valle de Guadalupe został dostrzeżony wcześnie, a konkwistador Hernán Cortés zażądał winorośli z Hiszpanii już w 1521 r. Jednak dopiero w ostatniej dekadzie zaczęły się rozwijać winnice. To pozostawia dużo miejsca na innowacje.

W Decantos Vínícola Alonso Granados opracował pierwszą na świecie winnicę bez jednej pompy elektronicznej. Uważa, że ​​pompy mogą zepsuć smak, traktując wino zbyt surowo, więc jego system polega po prostu na procesie dekantacji. Podczas gdy jest ewangelikiem w swojej innowacji, jego drugą misją jest demistyfikacja procesu produkcji wina dla rozwijającej się klasy Meksykanów, którzy chcą mieć butelkę czerwonego obok ich cerveza, tequili i mezcal. „Tu nie tylko produkujemy” - mówi. „Chcemy, aby ludzie odwiedzali i dobrze się bawili. W dawnych czasach wino było tylko dla królów. W dzisiejszych czasach to dla wszystkich.

Podążając śladami ojca, Marcial Ruben Arce Villavicencio przez całe życie był kowbojem © Justin Faulkes / Lonely Planet

San Quintín i San Pedro Mártir

Poznaj surowe, dziewicze serce półwyspu, w którym kondory szybują, a kowboje wciąż jeżdżą.

Marcial Ruben Arce Villavicencio miał osiem lat, kiedy po raz pierwszy usiadł na koniu. Zaryglował i wyrzucił go, ale wrócił do siodła. Czterdzieści sześć lat później nadal jeździ. Przez całe życie był kowbojem, tak jak jego ojciec i dziadek.

Ranczo Arce Villavicencio, Rancho Las Hilachas, znajduje się na południe od San Quintín i jest domem dla 250 krów, które wędrują swobodnie po 2700 akrach. Arce Villavicencio i inni kowboje potrzebują trzech miesięcy na ich okrążenie, w tym czasie obozują i jedzą pod gwiazdami. Robią wiele rzeczy w staromodny sposób w zakurzonym sercu Baja California. Od najmłodszych lat kowboje muszą nauczyć się podnosić liny. „Kiedy zwierzę jest dzikie, musisz je lasso” - wyjaśnia Arce Villavicencio. „To jedna z najtrudniejszych rzeczy do nauczenia się. To sprawia, że ​​opieka nad tak wieloma zwierzętami jest trudna. To jak mieć setki dzieci.

Przynajmniej może liczyć na swojego wiernego rumaka Algodón (Bawełna). Koń criollo w kolorze zatoki pozostanie z nim długo po tym, jak krowy zostaną wywiezione przez granicę do USA, gdzie są warte ponad 800 dolarów każdy. Arce Villavicencio utrzymuje, że jego krowy są warte każdego grosza. „Ta praca jest satysfakcjonująca, ale proces opiekowania się krową jest obowiązkiem” - mówi. „Musisz dać im dobre życie, pozwolić im uciekać i być szczęśliwym. Kiedy zjesz stek, poznasz smak, jeśli zrobisz dobrze.

Arce Villavicencio nie martwi się, że bardziej opłacalne komercyjne rolnictwo może pewnego dnia zabić jego dawny styl życia. „Nie boimy się konkurencji ze strony takich gospodarstw, ponieważ uważamy, że ludzie cenią to bardziej”.

Marcial i jego syn demonstrują, jak huśtać się lasso © Justin Faulkes / Lonely Planet

Z Arce Villavicencio wypasającym swoje krowy przez podnóża, Sierra de San Pedro Mártir wznosi się za nim na horyzoncie. Pasmo górskie jest domem dla parku narodowego o powierzchni 170 000 akrów, który jest sanktuarium dla owiec rogatych i mulców, a także dla kuguarów, koczków i kojotów. Gęste lasy sosnowe, przerywane sporadycznie przez skaliste ściany skalne, tworzą idealne środowisko dla turystów pieszych i jeźdźców konnych.

Na samym szczycie parku znajduje się kilka teleskopów głębinowych, które tworzą Narodowe Obserwatorium Astronomiczne. Miejsce zostało wybrane ze względu na brak nocnego zachmurzenia i zanieczyszczenia światłem, co oznacza, że ​​profesjonalni astronomowie i obserwatorzy-amatorzy mogą oglądać rozległą Drogę Mleczną. I to nie jedyny imponujący widok, który można zobaczyć powyżej. W pobliżu wejścia do parku znajduje się skaliste wychodnie, gdzie zbierają się kondory kalifornijskie. W większości miejsc wdzięczne ptaki można dostrzec tylko krążąc wysoko w powietrzu, ale tutaj rzucają się nisko nad ich głowami, a ich ogromne skrzydła głośno robią pęknięcie gdy suną w dół.

Po powrocie na ranczo Arce Villavicencio ma skłonność do własnych zwierząt. Potem, gdy ostatnie światło słoneczne zanika, zajmuje swoje miejsce na starej kanapie na zewnątrz, aby otworzyć kilka piw z synem i szwagrem. „Nie wyobrażam sobie, żeby iść gdziekolwiek indziej” - mówi. „Nie robimy tego dla turystyki. W ten sposób żyjemy. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o ranczach i stylu kowbojskim, to jest to najlepsze miejsce, do którego przyjdziesz, ponieważ nie udajemy. To jest wyjątkowa sprawa tego miejsca.

Rekin z powierzchni wieloryba w Sea of ​​Cortez © Justin Faulkes / Lonely Planet

Bahía de los Ángeles

Zanurz się w świecie przyrody, pływając z rekinami wielorybimi i lwami morskimi w Morzu Corteza.

Na początku to tylko cień poruszający się w wodzie. Wydaje się niemożliwie duży: 26, może 30 stóp. Zanurz się pod powierzchnią i możesz stanąć twarzą w twarz z ponad 20 tonami mięśni i chrząstek z płetwami - szerokie usta ssące plankton, gdy sięga ku światłu, remoras przylega do jego cętkowanego ciała, wdzięcznego uderzenia jego ogromnej płetwy ogonowej, gdy szybuje przez wodę. Porusza się spokojnie, średnio około trzech mil na godzinę, więc przez chwilę można pływać obok niego, kopiąc płetwy do nurkowania, aby nadążyć. To nie tylko duża ryba, ale największa z nich: rekin wielorybi.

Jest to majestatyczny widok w miejscu, które jest przepełnione majestatycznymi widokami. Morze Corteza, szeroki na sto mil pas wody między Baja California a meksykańskim kontynentem, był ulubieńcem wielkiego konserwatora oceanów Jacquesa Cousteau. Nazwał to „światowym akwarium”. Jest domem dla ogromnej grupy morskich stworzeń, z około 900 gatunkami ryb i 32 rodzajami ssaków morskich żyjących, jedzących i rozmnażających się tutaj.

Nierzadko można spotkać żółwie morskie, manty, a nawet szare wieloryby. Możesz pływać z lwami morskimi, które szczekają i walczą jak stado wodnych psów, a wędkarze przybywają tu w pogoni za żółwicą, czerwonym lucjanem i grouperem. Łowienie jest tak dobre, że nawet ptaki się do niego przyłączyły. Brązowe pelikany i niebieskoszare głuptaki szybują w powietrzu, a potem nagle nurkują, spadają z nieba i chwytają zdobycz.

Doświadczenia takie jak te zachęciły Ricardo Arce'a do założenia swojej tytułowej firmy nurkowej w rodzinnym mieście Bahía de los Ángeles. „Dorastałem tutaj i nurkuję od 21 lat”, mówi. „Chciałem, żeby ludzie mieli takie same doświadczenia, jakie miałem”. Bahía de los Ángeles to małe miasteczko rybackie liczące zaledwie 800 osób nad górami Sierra de San Borja. Jego izolacja sprawia, że ​​jest to idealne miejsce, aby zbliżyć się do wielu cudów Morza Corteza.

Gdy grupa wycieczkowa powraca statkiem po dniu spędzonym na morzu, miasto jest ledwo widoczne na linii brzegowej. „Regularny dzień oznacza wstanie wcześnie, aby wyruszyć w trasę, a potem mieć chłodne życie” - mówi Arce wzruszając ramionami. „To relaksujące miejsce”.

Hotel Guillermo to doskonała opcja zakwaterowania w butikach, aby uciec od ośrodków komercyjnych © Justin Faulkes / Lonely Planet

To się nie stało przez przypadek. Społeczność Bahía de los Angeles konsekwentnie spotyka się, by walczyć z planami przekształcenia miasta w bardziej komercyjny ośrodek. „Obawiamy się rozwoju. Martwi nas - mówi Arce. „Uważamy, że obszar ten został bardzo dobrze zachowany, więc nie chcemy, aby tak bardzo się rozwijał. Było wiele projektów, które próbowały się tu dostać, ale jako społeczność ich nie chcieliśmy. Jesteśmy bardzo selektywni co do rodzaju turystyki, którą chcemy przyciągnąć. Nie chcemy łamaczy wiosennych ani tłumu imprezowego. Chcemy tylko ludzi, którzy są naprawdę zainteresowani poznawaniem natury ”.

Miejsca takie jak Bahía de los Ángeles są niezwykle ważne, ponieważ rekin wielorybi jest gatunkiem zagrożonym. Arce jest członkiem lokalnej grupy ochrony, Pejesapo, która od 2008 roku pracuje nad ochroną siedlisk rekina wielorybiego i policzeniem ich liczby. Rekiny są najczęściej spotykane między czerwcem a grudniem, aw szczycie sezonu Arce widziało aż 55 w ciągu jednego dnia. „Tu jest dobre miejsce do karmienia” - wyjaśnia. „Kiedyś myśleliśmy, że jedzą plankton, ale filmując je tutaj, dowiedzieliśmy się, że też jedzą większe ryby”.

W mieście jest tylko kilka bardzo małych hoteli, co oznacza, że ​​przez większą część roku jest tu więcej rekinów wielorybich niż turystów. Arce jest szczęśliwy, że tak będzie. „Staramy się dawać następnym pokoleniom przykład, w jaki sposób powinieneś robić rzeczy” - mówi. „Chcemy im pokazać, że w ten sposób chronimy środowisko”.

Miasto Loreto jest pełne kolorów i charakteru © Justin Faulkes / Lonely Planet

San Ignacio i Loreto

Odkryj niesamowitą historię poprzez kościoły zbudowane przez misjonarzy jezuickich w XVII i XVIII wieku.

Południowe słońce bije na białą fasadę Misión San Ignacio, otwierają się drzwi hiszpańskiej misji. Przebywa w nim strażnik kościoła, Francisco Zúñiga, wskazując na stare drewno. „To jest oryginalne”, mówi, „od 1728 roku”.

To sprawia, że ​​drzwi są starsze niż wiele miast w Baja California. Największe miasto na półwyspie, Tijuana, zostało założone w 1889 roku. Podczas gdy tutejsza historia jest długa - malowidła jaskiniowe ludu Cochimí są znane już od 7500 lat temu - historia współczesnych osad nie miała rozpoczyna się dopiero w 1683 r., kiedy przybyli jezuiccy misjonarze z kontynentalnego Meksyku. Był rok 1697, zanim założyli pierwsze hiszpańskie miasto na półwyspie, Loreto, 3 ½ godziny jazdy na południe od San Ignacio.

Przybyli łodzią z Sinaloa, niepewni, czy zbliżają się do wyspy czy półwyspu. Najpierw wylądowali w dzisiejszym La Paz, ale zostali wypędzeni na północ przez rodowitych Pericúes i ludność Guaycura i ostatecznie znaleźli się w pobliżu Loreto. Ich pierwsza próba budowy kościoła, Misión San Bruno, została porzucona w 1685 r. Z powodu braku żywności i wody.

Mision de Nuestra Senora de Loreto Concho © Justin Faulkes / Lonely Planet

W 1697 r. Inna grupa jezuicka, kierowana przez włoskiego księdza Juana María de Salvatierra, przybyła do Loreto i ponownie próbowała zbudować misję. Kościół ten, Misión de Nuestra Señora de Loreto Conchó, lub Mission Loreto, okazał się bardziej skuteczny, a osada stała się pierwszym na Półwyspie Hiszpańskim terytorium, na którym twierdzono, oraz bazą, z której misjonarze rozszerzyli swoją pracę ewangeliczną w całym regionie. Kościół nadal stoi w Loreto, obok muzeum poświęconego historii jezuitów. Jednakże, jak wyjaśnia opiekun muzeum Hernán Murillo, misjonarze, którzy dotarli na północ tak daleko jak San Ignacio, zobaczyli spadek liczby swoich trzód z powodu nieprzewidzianego zagrożenia, które powtórzy się na całym kontynencie.

„Jest tu wyrażenie:„ Dzwony, które wywołują wiatr ”, mówi„ Misja San Ignacio została założona przez jezuitów i skończona przez franciszkanów, ale zanim zakończyli misję, widzieli skutki ludzi Zachodu Przybywając z chorobami, na które miejscowi nie byli odporni. Do czasu zakończenia misji nie było wielu ludzi, którzy mogliby pójść do kościoła. Dlatego mówimy, że były tylko dzwony, aby wywołać wiatr.

Barokowy retablo za ołtarzem w Mision de San Ignacio © Justin Faulkes / Lonely Planet

Dziś w wiosce otaczającej Misión San Ignacio mieszka zaledwie 700 osób, podczas gdy Loreto to większe miasto liczące 15 000 osób. Do 1777 r. Loreto rządziło całym państwem, które w tym czasie rozciągnęło się aż do tego, co jest teraz w USA. Większość architektury miasta wciąż nosi tę spuściznę kolonialną. Loreto jest łatwe do zwiedzania pieszo i jest rozmieszczone wokół centralnego placu, Plaza Juárez. Stamtąd wystarczy krótki spacer wzdłuż zadrzewionej Avenida Salvatierra do misji. Odrestaurowany kilkakrotnie po wiekach szkód spowodowanych trzęsieniami ziemi, zachowuje napis nad drzwiami, który świadczy o tym, jak ważna była kiedyś, tłumacząc: „Głowa i kościół macierzysty misji górnej i dolnej Kalifornii”. Wewnątrz, za ołtarzem, siedzi misternie zdobiony barokowy retablo, który został tu przewieziony wielkim kosztem z Mexico City.

Dla miasta o tak bogatej historii Loreto jest teraz spokojnym miejscem. Gdy zmierzch zapada w Plaza Juárez, pary siedzą przed restauracją o nazwie 1697, popijając piwa, gdy słuchają gitarzysty. Patrzą przez plac na imponujący hiszpański ratusz kolonialny. Pod tym słowem Loreto nosi kamienną legendę, nadając miastu nazwę Stolica Histórica de las Californias (Historyczna stolica Kalifornii). Ale teraz, jak sami pijący piwo, jest to miasto pozostawione samo sobie ze swoimi wspomnieniami.

Balandra Beach, na półwyspie Baja Sur w La Paz, patrząc w kierunku małej wyspy Espiritu Santo w oddali © Justin Faulkes / Lonely Planet

La Paz

Płyń, kajak lub paddleboard po białych plażach i skalistych wybrzeżach.

Słońce zanurza się nisko na niebie nad plażą Balandra, 17 mil na północ od La Paz, ale grupy przyjaciół i rodziny, które przybyły na niedzielne popołudnie nad morze, są zdeterminowane, by wykorzystać każdą ostatnią chwilę dnia ciepło. Gdy przypływ przypływa, dwóch mężczyzn podnosi plastikowy stół piknikowy z głębokiej do kostki wody i przenosi go na brzeg, na wpół opróżniona butelka rumu wciąż się na nim wyważa..

Dalej na plażę grupa nastoletnich akrobatów z Tijuany rzuca się nawzajem, piruetując wysoko w powietrze, aż nieuchronnie - być może w wyniku zbyt wielu cervezas - tęsknią za swoim złapaniem. Upadła gimnastyczka śmieje się i przewraca miękkim, białym piaskiem. Amerykańskie pompy muzyki pop z niewidzialnego stereo. Kajaki o zielonym i pomarańczowym powrocie do zatoki, łatwe do zauważenia na tle turkusowego morza. Gdy zbliża się zachód słońca, niebo staje się cudownym odcieniem czerwieni. Nawet chmury wydają się być zabarwione na różowo, jak wata cukrowa. Rodziny skręcają na przemian na drugi koniec zatoki, aby wykonać obowiązkowe selfie przed charakterystyczną grzybową skałą Balandry.

Kiedy wspinają się na zakurzone brązowe zbocza usiane kaktusami cardón, do których opuścili swoje samochody, łatwo zrozumieć, dlaczego ludzie są tu przyciągani z całego Meksyku, przyciągnięci białym piaskiem i ciepłą, lazurową wodą. Pęknięty znak płytki w pobliżu niektórych budowanych przez rząd parasoli oświadcza, że ​​były oneHecho con Solidaridad,„zrobione z solidarnością. To plaża, która wita wszystkich z otwartymi ramionami.

Paddleboarder badający zatokę wokół Espiritu Santo, La Paz © Justin Faulkes / Lonely Planet

Natomiast na morzu leżą bardziej ekskluzywne plaże. Espíritu Santo, wyspa o powierzchni 31 mil kwadratowych na Morzu Corteza otoczona przez lasy namorzynowe i wulkaniczne formacje skalne, została uznana za rezerwat biosfery Unesco w 1995 r., A liczba odwiedzających jest starannie ograniczona. Jest oficjalnie niezamieszkana, chociaż w pewnych porach roku można nocować na wyspie w Camp Cecil, szeregu namiotów safari ustawionych na prawdziwych łóżkach i meblach na długim odcinku plaży La Bonanza. Szefowie kuchni Giovanni i Ivan serwują wyśmienite potrawy Baja Med i mogą zorganizować wszystko, od kajakarstwa i snorkelingu po obserwację ptaków i wędrówki po naturze.

Espíritu Santo to godzina jazdy łodzią motorową z La Paz i często można zobaczyć szkoły delfinów bawiące się na łodzi. Dla bardziej ryzykownych, możliwe jest również dotarcie na wyspę kajakiem lub stojącą paddleboard. Następnego dnia w La Paz, na długim odcinku plaży przed miejskim Malecón, instruktor paddleboardu Sergio García z Harker Board Co. udziela entuzjastycznych lekcji niewtajemniczonym. Były zawodowy koszykarz z Chihuahua, przeniósł się do La Paz siedem lat temu, narysowany jak wielu innych przez zrelaksowany styl życia na plaży.

Niezależnie od tego, czy jesteś plażowiczem, pielgrzymem czy obserwatorem dzikiej przyrody, linia brzegowa Baji jest pełna skarbów dla wszystkich © Justin Faulkes / Lonely Planet

„Po raz pierwszy odwiedziłem La Paz, gdy miałem 16 lat” - mówi, uważnie obserwując swoich uczniów w zatoce. „Wiedziałem, że to piękne miejsce, więc zawsze myślałem, że chciałbym tu wrócić i przywrócić mi życie. To małe miasto szybko dorasta. Masz tutaj dobrą jakość życia, lepszą niż w innych stanach Meksyku. To naprawdę spokojne miejsce, spokojne i spokojne.